sobota, 27 listopada 2010

Jak uratować Polskę?

Patrząc na ostatnie wydarzenia, zarówno w sferze finansów, jak i życia narodu, już chyba nikt nie ma wątpliwości, że Polska dąży do samozagłady... Znalazłem pewien felieton z "Radia Detox" i zainspirował mnie do napisania własnego "przepisu" na uratowanie Polski.
  1. Należy przywrócić miejsce prawdziwym elitom. Każda większa społeczność potrzebuje swoich autorytetów, które wyznaczają kierunek działania, wzorce moralne (dobro - zło), intelektualne itd. Nasi sąsiedzi od lat próbowali (próbują?) wymazać nas z mapy świata i podporządkować sobie Polaków. Swoje działania uskuteczniali m.in. mordowaniem i szykanowaniem elit. Bez nich ludzie są bezkształtną masą, bez celów i wartości, którą łatwo zdobyć. Zdaję sobie sprawę, że zbytnia samowola intelektualistów też nie jest dobra (zdarza im się wygadywać głupoty o rzeczach, na temat których nie mają bladego pojęcia, i jeszcze - o zgrozo - prawie nigdy za to nie odpowiadają). Bardzo dobrze przedstawia to książka "Intelektualiści mądrzy i niemądrzy" Thomasa Sowella, której recenzję może uda mi się za kilka lat umieścić na tej stronie. Dziś wybitne jednostki, które nie zgadzają się z naszym systemem, są przemilczane i nierzadko ośmieszane. Dla porównania: kogo częściej pokazuje się w mediach? Marusika, Wolniewicza, Michalkiewicza czy Środę i Szyszkowską?
  2. Uwolnić media i politykę ze szponów razwiedki. Można to zrobić np. prywatyzując TVP i likwidując KRRiTV. Teraz media są tubą propagandową aktualnych władz, dzięki której wygrywa się wybory, odciąga uwagę od najważniejszych spraw (przykład: Jaruzelski w RBN-ie to kolejna zasłona dymna) i pilnuje, by inne racje nie doszły do głosu.
  3. Zredukować miejsca w parlamencie i zlikwidować subwencje oraz diety. Niczego konstruktywnego nie da się zrobić, gdy w jednej ciasnej sali siedzi 460 osób; 120 w Sejmie i 36 w Senacie w zupełności by wystarczyło. Brak diet odciągnęłoby łajdaków, którzy pchają się tam dla kasy. Zlikwidowanie subwencji wyrównałoby szanse małych i dużych partii.
  4. Ograniczenie demokracji do minimum. Demokracja to ustrój, w którym 51 osób decyduje o losach pozostałych 49, a 2/3 ma władzę absolutną. Ludem jest łatwo manipulować, dlatego powinno się zrobić jakąś podstawową selekcję. Według mnie, dostęp do urn wyborczych powinny mieć osoby, które mają min. 18 lat, uiszczony podatek wyborczy (niewielki, np. 20 zł) i zdany egzamin z Konstytucji. Byłby to skuteczny filtr. Dla większości osób głosowanie to element niedzielnego spaceru, bądź nawet zakończenie Mszy Świętej. Komu z nich chciałoby się płacić i zdawać egzaminy dla głupiego krzyżyka raz na 4 lata?
  5. Zakaz zadłużania państwa. Zanim dzisiaj urodzony bobas będzie miał odciętą pępowinę, ma już ok. 19 500 zł do spłacenia państwu w ramach długu publicznego (a kwota cały czas się powiększa).
  6. Mniejsze podatki i wolna przedsiębiorczość. Jeżeli uczynimy z Polski raj podatkowy, przyciągniemy tu zagraniczny kapitał i inwestycje. Szybciej wybudujemy drogi. Będziemy świadkami szybszego rozwoju technologicznego. Zmniejszą się ceny i podwyższy standard życia ludzi.
  7. Likwidacja ZUS-u. Ludzie sami rozsądnie ulokują swoje pieniądze. W funduszach, polisach, kontach, lokatach, nieruchomościach, akcjach, obligacjach, winie, whisky, złocie, srebrze, brylantach itp. Zwiększy się ilość dzieci, ponieważ ludzi będzie stać na ich utrzymanie, a poza tym - to drugi wariant zabezpieczenia na starość.
  8. Stabilne prawo. Ustawy (przynajmniej większość) powinny wchodzić w czasie 6 lat od ich uchwalenia. Zniechęciłoby to deputowanych do zmieniania prawa, gdyż obowiązywałoby ono już w trakcie następnej kadencji Sejmu.

Powiedzmy sobie szczerze - takie reformy da się wprowadzić tylko w dwóch przypadkach: gdy będzie poważny kryzys lub gdy znajdzie się ambitny lider, który pociągnie za sobą ludzi. Pan prof. Obłój stwierdził, że dziś nie ma takiego polityka i w świecie dzisiejszych mediów jego pojawienie się jest praktycznie niemożliwe. Taka osoba od razu zostałaby zniszczona, ośmieszona, pokazano by jej słabe strony i skupiono się na powodach, dla których jego wizja nie mogłaby się sprawdzić. Czy mamy szanse na współczesnego Pinocheta?

piątek, 12 listopada 2010

Martwica mózgu

Gorąco pragnę, aby dzień 11 listopada, oprócz Narodowego Święta Niepodległości i Dnia Świętego Marcina, został ustanowiony Dniem Martwicy Mózgu, ponieważ w tym cudownym dniu większości społeczeństwa wyłączają się szare komórki. Można to wywnioskować po niektórych wypowiedziach i zachowaniach.

Często wypytuje się ludzi, czym dla nich jest patriotyzm. Chyba była taka audycja wczoraj w Trójce (osobiście nie słuchałem, a kolega słuchał). Jeden człowiek rzekł (chyba kobieta), że patriotyzmem jest wywieszanie flagi i płacenie wysokich podatków. Sic! Jeżeli państwo pobiera wysoki haracz, to ludzie zaczynają nie cierpieć kraju, ponieważ dla nich państwo jest tym samym co kraj! Niby padały także postulaty nauki patriotyzmu w szkołach i przymusowych spotkań patriotycznych. I znowu sic! Czy lud nie rozumie, że jeżeli się kogoś do czegoś zmusza, to zaczyna nienawidzić tej rzeczy? I vice versa. Nauka polszczyzny kwitła, kiedy zaborcy zabraniali mówić po polsku. Teraz, dzięki przymusowi, ludzie mówią niechlujnie, słyszy się kwiatki typu "poszłem" lub "tu pisze" (samo się na kartce). Społeczeństwo jest zbyt głupie, aby pojąć tę zależność.
Byłbym bardzo wdzięczny, jeżeli ktoś miałby nagranie tej audycji (11.11, 13:00 - 15:00, Audycja specjalna z udziałem słuchaczy, prowadził Wojciech Zimiński).

Bardzo popularny wczoraj temat - Marsz Niepodległości i blokada tzw. "antyfaszystów". Najpierw prosiłbym o dowody (w komentarzach), w czym ONR i reszta biorąca udział w marszu są podobni do Mussoliniego lub Hitlera. Chętnie się dowiem.
Marsz był organizowany ku chwale Polski wolnej i niepodległej, czyli takiej, w której np. obywatel zażywa, co chce. Inicjatywy wolnokonopijne powinny iść razem z Ziemkiewiczem, Korwinem itd. Stojąc w blokadzie, wyrazili poparcie totalitarnej polityce p. Tuska. Zapewne inne organizacje, uznające się za wolnościowe, gdyby użyły tego pomarszczonego między uszami, przeszłyby na drugą stronę. Z tego, co ja widziałem, młodzież lewicowa i inni blokujący byli bardziej agresywni w stosunku do policji niż prawicowcy. Nie słyszałem też haseł "Żydzi do gazu" lub "Pedały do pieca" lub jeszcze nie wiadomo czego, co przepowiadano.